BLOG

Są dzieci, jest zabawa

Zabawa to dla dzieci bardzo ważna sprawa. Dzięki niej uczą się nowych rzeczy i poznają świat. Póki dziecko jest małe w tej zabawie potrzebuje towarzystwa. Najlepiej rodzica. Najlepiej bez przerwy. Najlepiej cały czas z takim samym, wielkim entuzjazmem. Czy to w ogóle jest możliwe?

Do tej pory zabawa kojarzyła mi się z czymś przyjemnym. Momenty przepełnione radością, ekscytacją i śmiechem. Chwilo trwaj! Zabawa z dziećmi – czemu nie? Sama uwielbiałam bawić się w chowanego czy podchody, rysować, malować i lepić, czytać i opowiadać, grać w gry i zgadywanki. Klocki lego, tańce-hulańce, guma do skakania i zamki z piasku. To wszystko przecież świetna frajda! Pewnie dlatego długo nie potrafiłam się przyznać że – poza nieprzespanymi nocami – jest jeszcze coś, co wysysa ze mnie energię. Słowo, które z nazwy z zabawą nie ma nic wspólnego. Stan, który niespodziewanie wtargnął w moje życie, zupełnie nie pytając mnie o zdanie. To nuda. Nuda przez wielkie N. Zabawa z moimi dziećmi to czas przepełniony Nudą. Prawdopodobnie przyznanie się do tego dla wielu rodziców zakrawa o bluźnierstwo. Trudno. Przyznaję się.

Jak podaje wikipedia:

 Nuda – negatywny stan emocjonalny, polegający na uczuciu wewnętrznej pustki, zwykle spowodowany jednostajnością, brakiem zmiany otoczenia, brakiem bodźców, a czasami chorobą. Nuda to stan obojętności i braku zainteresowania. Jest traktowana jako odmiana frustracji lub stresu. Czasami może doprowadzić do innych stanów emocjonalnych, jak np. agresji.

Wszystko się zgadza. Okazuje się, że zabawa niekoniecznie musi iść w parze ze „świetną zabawą”, albo chociaż „dobrą zabawą”, a moje wyobrażenie o wspólnych zajęciach z dziećmi to po prostu kwintesencja najlepszego czasu z całego dzieciństwa. Wczesny jego okres to jednak coś zupełnie innego. To monotonia. Nieustanne rzucanie piłką i jej odrzucanie, rzucanie i odrzucanie, rzucanie i odrzucanie. Pierwsze dwie minuty nie są złe. Dalej robi się gorzej. Rzucanie i odrzucanie, rzucanie i odrzucanie, rzucanie i odrzucanie. Mija kolejnych pięć minut.  Rzucanie i odrzucanie, rzucanie i odrzucanie, rzucanie i odrzucanie. No nie ma mowy o przepływie. Czytanie bajek, książeczek wierszyków – to nawet lubię. Pierwsze trzy razy. Później w kółko to samo. Książeczka, przy dobrych wiatrach, to jakieś dziesięć minut. Te opowiadania, które mogłyby zająć mnie – nudzą ich. No to czytamy te krótsze. Po kilka razy dziennie każdą. Większość z nich dwulatka zna już na pamięć. Dalej: klocki, zabawa kucykami, w doktora, akuku, kredki, plastelina, idzie rak nieborak, rzucanie i odrzucanie. Jest dziesiąta rano, a my wyczerpaliśmy już prawie cały repertuar. Śniadanko, przewijanko i od nowa.

Dwa lata spędzone w domu w taki sposób mogłyby doprowadzić mnie do obłędu. Ale spokojnie, nie strzelę sobie w łeb. Podarowałam sobie coś, co pozwala mi jakoś nie stracić zmysłów. Mój czas. Znakomitą część dnia spędzam rozwijając własne zainteresowania. I to mnie ratuje. Czytam, piszę, słucham, oglądam, rozmawiam, działam- wszystko w ramach tego, co lubię. Wszystko, by się wyrwać. Chociaż na chwilkę. Piętnaście minut z dziećmi, piętnaście minut sama. No dobra, pięć minut sama. Czasem czas rozkłada się lepiej, czasem gorzej, czasem czytam gazetę z gipsem zrobionym z chusteczek na nodze. Bez znaczenia. Ważne, że mogę naładować swoje baterie i moje dzieci niczego przy tym nie tracą. Może nawet zyskują, bo czas, który z nimi teraz spędzam jest prawdziwy, szczery i  aktywny. Jest zabawa. I to jest świetna zabawa.

Mogą Ci się również spodobać

Leave a Reply