BLOG

Urodzić i nie zwariować

Myśl o tym dniu zaprzątała moją głowę przez całą ciążę. Nie jakoś bardzo nachalnie, ale co jakiś czas się zastanawiałam. Od początku chciałam rodzić naturalnie, ale gdzieś w połowie ciąży strach wziął górę – byłam zdecydowana zapłacić za cesarkę (jeszcze nie wiedziałam tylko komu). Na szczęście matka natura skonstruowała to tak, że pod koniec ciąży było mi już wszystko jedno. Byle jak najprędzej.

Był poniedziałek. Nastawiłam budzik na szóstą trzydzieści rano, ale właściwie nie był mi potrzebny. Nie spałam już od godziny, a moje myśli były wręcz nadaktywne. Nie wiedziałam co mnie czeka. Regularnie stawiałam się na wizytach u lekarza, na badaniach, chodziłam do szkoły rodzenia i przeczytałam kilka książek o ciąży i macierzyństwie. Znałam teorię. Mojego przypadku nikt jednak nie wziął pod uwagę. Niestandardowe sytuacje są zazwyczaj pomijane w literaturze. Mój naturalny termin porodu przypadał na piętnastego kwietnia, usg wskazywało na miesiąc później. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Mój lekarz też nie był przekonany. Był jedenasty maj. Wstałam, umyłam się i ubrałam. Torba do szpitala już dawno czekała przygotowana przy moim łóżku.

– Gotowa? – Marek, mój nie-mąż, czekał już na mnie w przedpokoju.

– Jasne – Nie, nie wiedziałam  co mówię. 

Nie tak to sobie wyobrażałam. Skurcze miały obudzić mnie w nocy, najpierw co pół godziny, potem coraz częstsze, najlepiej co sześć minut. W końcu znak ostateczny – wody – jedziemy! Nie tym razem.

Pół godziny później byliśmy na miejscu.

– Zadzwoń, jak coś będzie wiadomo.

Szybki buziak i już go nie było. Z korytarza odebrała mnie położna, ta sama, która prowadziła szkołę rodzenia. Akurat miała dyżur, ale i tak byłyśmy umówione, że będzie mi towarzyszyć. Nie jestem panikarą, ale lubię mieć wszystko pod kontrolą. Albo chociaż ile się da. Od razu dostałam łóżko tuż przy sali porodowej. Najpierw szybkie i niezbyt przyjemne badanie.

– O ho, możemy działać.

Działać? Jak to? Miałam zgłosić się tylko na obserwację. O kurczaki! Byłam trochę zdezorientowana, ale jednocześnie ucieszyła mnie ta wiadomość. Ciąża nie należała do najlepszych czasów mojego życia. Prawdę mówiąc, nic do tej pory mnie tak nie przeczołgało, a od tygodnia błagałam Małgosię, żeby zechciała wyjść. No wyłaź!

O dziesiątej byłam już po zastrzykach i innych zabiegach. Nie było odwrotu. Piszę sms: „Marek, wracaj, zaczęło się”. Ledwo zdążył dojechać do pracy, a pół godziny później był ze mną. Na szczęście. To były ciężkie chwile, choć w pewnych odstępach czasu. Miałam czas na oddech. Trzy godziny później zrobiło się gorąco. Momenty wytchnienia coraz rzadsze i stanowczo za krótkie. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. Na dodatek zgłodniałam.

– Marek, idź do położnej, zapytaj czy mogę coś zjeść.

Zaraz wraca i oznajmia:

– Lepiej nie.

– No weź, może chociaż serek?

Jestem już taka głodna, że mogłabym zjeść konia z kopytami, ale serek też będzie dobry.

– Możesz, ale jak będziesz rodziła, to może wyjść drugą stroną. Przynieść ci?

Straciłam apetyt. No wychodź już Gośka! Robiło się coraz ciężej. Coraz gorzej. Wylała się ze mnie tona wody. Wtedy rozkręciło się na dobre. Żadnej litości. Musiałam spacerować.

– Roksana, położna mówiła, że masz już leżeć.

No kiedy ja muszę chodzić! Dobra, kładę się. Okrzyki wydobywają się ze mnie już same. Są przerażające i coraz głośniejsze. Wiele razy w życiu zdarłam sobie gardło (przeważnie na koncertach) ale tym razem wiedziałam, że jutro po prostu zaniemówię. W życiu tak się nie darłam.

– Roksanko, pamiętaj o oddychaniu. Wdech, wydech. Oddychaj.

Cały czas o tym zapominam. Boli, boli, boli. Marek ryzykuje:

– Roksana, miałaś oddychać.

– No przecież oddycham! – wcale nie oddycham. Wdech, wydech, wdech, wydech.

Wolę wrzeszczeć. Bardzo głośno. Moja położna:

– Roksanko, co się dzieje?

– Rodzę, k@^#a! – nie powiedziałam tego na głos. Chyba.

Po kolejnej godzinie pada pytanie:

– Wolisz lżej ale dłużej, czy intensywnie i szybko?

– Szybko, wolę bardzo szybko. – wdech, wydech. Dawać mi to!

Minęło już siedem godzin. Myślałam, że ciężej być nie może. Jestem omylna. Kroplówka dawała czadu. Marek mówi, że prawie połamałam mu palce prawej ręki. Wdech, wydech, wdech, wydech. Przeć, nie przeć, oddychać. Nie przeć, nie przeć! Jak nie przeć, kiedy to się samo prze!

– To już ostatni raz. Przyj!

Parę sekund i – nie wiem kiedy – już miałam ją przy sobie. Trzymałam Małgosię w objęciach. Moja malutka kruszynka. Cudna. Nie, nie wyglądała jak noworodek z reklam. Raczej jak mały potworek. Nasz mały potworek. Z żółtą czuprynką. Najwspanialsze uczucie jakiego można doświadczyć. Cała się trzęsłam, i wszystko mnie bolało, a jednocześnie rozpierała mnie energia. Marka też. Też dał radę. A Małgosia była najcudowniejszym człowieczkiem na świecie. Zwariowaliśmy. Zakochaliśmy się w niej po uszy.

Mogą Ci się również spodobać

Leave a Reply